Parę lat temu miałyśmy świnki morskie. Świnka Chudej nazywała się Franek. Gdy Chuda chciała wziąć go na podwórko, a nie chciało jej się wchodzić na górę, jej mama spuszczała zwierzaka w wiaderku przymocowanym na sznurku przez balkon. Może brzmi to drastycznie, ale w rzeczywistości było to bezpieczne i wyglądało całkiem zabawnie. Świnka Rozsądnej nazywała się Herkules. Herkules mial sympatyczny pyszczek i biało-brązowe futerko. My także miałyśmy zwierzątka. Każda z nas traktowała swojego pupila jak małe dziecko. Gdy wychodziłyśmy z prosiaczkami na podwórko opatulałyśmy je kocykami i nosiłyśmy w nosidełkach dla lalek, a w domu czesałyśmy, kąpałyśmy i obcinałyśmy im paznokcie. Chyba fajne życie miały te nasze świniaki.
Była taka
śliczna, pamiętam, że zanim zamieszkała u mnie odwiedzałam ją w
sklepie zoologicznym przez tydzień albo i dłużej (miałam wtedy 5
lat). Świnka wabiła się Kuba, a jej imię wzięło się od Kubusia
Puchatka. Słowo „puchatek” kojarzyło mi się z czymś
puszystym, tak puszystym jak futerko mojego prosiaczka, a że imię
Puchatek było zbyt pospolite postanowiłam nazwać go Kuba. Kuba
zachowywał się bardziej jak piesek niż świnka morska, chodził
przy nodze, przybiegał gdy się go zawołało, uwielbiał jeść.
Nigdy nie trzymałam go zamkniętego w klatce, zawsze był otwarty.
Cala moja rodzina bardzo szybko się do niego przywiązała. Stał
się ulubionym pupilem. Żył bardzo długo, bo aż siedem lat, nigdy
o nim nie zapomnę.Moją świnkę nazwałam Gucio. Zrobiłam tak chyba dlatego, że bardzo lubiłam bajkę „Pszczółka Maja”. Gucio był bardzo wesoły, zawsze śmiesznie podskakiwał. Kiedy otwierałam lodówkę, on piszczał na cały dom, bo chciał dostać coś do jedzenia.
Próbowałam nauczyć go paru sztuczek, ale nie za bardzo mu
one wychodziły. Robiłam mu różne tory przeszkód z klocków i pudełek, które
pokonywał z wielką chęcią. Bardzo go kochałam. Było mi smutno, gdy kiedy
dowiedziałam, się, że umarł.